Chaos pogania niepewności pełną głowę.

Mam jakiś taki czas w którym mam ochotę po prostu się zabić. 

Nie żyć.

Nie istnieć.

Zamykam oczy i widzę jak eksploduje mi głowa i ciało, rozpadam się na milion kawałków i to oznacza koniec. Spokój.

Ale otwieram je i wciąż czuje presję i natłok myśli…

Nie potrafię się wyciszyć i być miła…

Irytuje mnie to. Ogromnie. Zwłaszcza w pracy.

Ogarnij się czarna.

Mam ochotę czuć ból.

Zajem to. Jak zawsze… to jakieś pośrednie wyjście… Przeczekać.

Koszmarny sen wywołał ból brzucha.

Śniło mi się, że ktoś kto odebrał mi już wiele w życiu pojawił się w mojej pracy i oczerniał mnie. Zabrali mi ostatnią rzecz jaką w życiu udało mi się osiągnąć… Oczywiście to wszystko we śnie. Oni wywołują u mnie ogromny niepokój i bezradność. Słowo przeciwko słowu… To najbardziej żenująca i niesprawiedliwa walka w życiu. 

Boli mnie brzuch. Jestem rozbita. 

To tylko głupi sen. 

Muszę zająć się czymś innym…

Może zjem i pójdę na spacer. Nie pozwolę lękom przejąć władzy.  To by było najlepsze.

Albo wezmę coś na uspokojenie i pójdę spać… To by było tchórzostwo, biała flaga… 

Dzień dopiero się zaczyna… 

Oby energia się pojawiła. Muszę tylko ochłonąć.

Schematy myślowe

Wczoraj cały dzień źle się czułam pod względem fizycznym. Wymiotowałam i myślałam, że głowa mi eksploduje.

Nie wiem czy to ze stresu czy może znowu migrena… Czasami tak mam.

Dziś jest lepiej.

Nie wiem dlaczego ale wieczory są dla mnie najgorsze. Dziś się co chwilę budziłam, aż w końcu wzięłam hydro… Po jakimś czasie natłok myśli się uspokoił na tyle, że mogłam próbować zasnąć.

Pozałatwiałam dzisiaj parę spraw i mimo kiepskiego poranka potem było dobrze, aż do teraz… Mam wyrzuty sumienia, że zjadłam tak późno kolację… Znaczy chodzi o to, że w ogóle jem no i ostatnio zajadam emocje więc tyje.

Zapomniałam dziś odebrać wyników z egzaminów. Nic straconego, bo mam na to jeszcze czas ale jestem wkurzona, bo przez to teraz wciąż muszę czekać w niepewności.

Muszę zacząć dbać o siebie.

Zaburzenia borderline cechują się impulsywnością…

Wzdycham, bo nie wiem jak zacząć…

Nie mam ochoty się budzić. Nie mam również odwagi się zabić.

Tak, tak… Sytuacja się troszkę uspokoiła, a ja podczas kryzysu skontaktowałam się z przyjaciółką… Odważyłam się z nią spotkać. Pomogło mi to strasznie. Wiem, że nasze spotkania niestety mogą odbywać się rzadko no ale dają mi wielkie poczucie tego, że jest ktoś na kim mogę polegać i komu ufam w 100%, kto jest pozytywnie nastawiony i mnie nie skrzywdzi. Kocham ją jak prawdziwą siostrę. Nie spotkałam takiej drugiej osoby jak ona. Szczera i prawdziwa.

I parę dni temu byłam na skraju. Już miałam z tym wszystkim kończyć i nie mogłam. Miałam ją przed oczami i nie mogłam się tego pozbawić. Tak jej skrzywdzić. Powstrzymywała mnie tylko Ona. Płakałam ze dwie godziny i się podałam.

Wtedy zrozumiałam, że nie mogę tego teraz zrobić kiedy nasz kontakt się ożywił. Wcześniej nie miałabym z tym problemu. Nie w takim stanie w jakim byłam… A teraz już nawet nie chcę próbować. Mam nadzieję, że jakoś to będzie… Że jakoś z tego wyjdę… Ona ją we mnie obudziła.

Mimo, że nie umiem rozmawiać o sobie, mimo, że mam opory i często się wymiguję czy odpowiadam zdawkowo albo zmieniam temat to wiem, że zawsze mogę w razie czego się odezwać. Czasem nie mam odwagi… Ale wiem, że ta możliwość istnieje.

Pewnie jak to border ją idealizuję… Ale w tym momencie tego potrzebuję. Potrzebuję jej takiej jaką mam w głowie, bo daje mi to, czego potrzebuję.

A może nie idealizuję? Wiem, że jest skryta i nie docenia siebie, wiem że to jej wady ale znam również zalety. Jest wspaniała i może to po prostu obiektywna ocena. Czysta i niczym nie zmącona.

Nawet jeśli nie rozmawiamy długo, to żadna się nie obraża. Nie wytykamy sobie nic. To jedyna i prawdziwa przyjaźń jaką dane mi było poznać w dotychczasowym życiu. Teraz to wiem i dziękuję bardzo za to, że los chciał abyśmy na siebie trafiły w życiu.

Tytuł? Jak nazwać tytuł kiedy się sypię? Niepokój jest za duży…

Ostatnio przeglądałam pamiętniki z 2012 roku i jeszcze wtedy potrafiłam pisać co czuje, nazywać to jakoś. Byłam bardziej ekspresyjna i szczera w stosunku do innych. Ciągle porażki sprawiły ze zatraciłam tą umiejętność. Jestem oschła, zdystansowana i moja mimika stała się bardzo uboga. Nie ufam ludziom. Chciałabym to jakoś zmienić .
Wtedy mimo że mój nastrój zmieniał się bardzo  skrajnie co chwilę to potrafiłam się cieszyć, zachwycać a teraz wahania sa ale mimo wszystko jestem wycofana, przygnebiona i zniechęcona. Wtedy wierzyłam ze życie może ma sens, że moze coś się zmieni a teraz jedyne czego jestem pewna to ze jedynym rozwiązaniem jest śmierć, że najrozsądniej jest się zabić… Ale tego nie zrobiłam, od pół roku nie podjęłam próby. Albo moze rok? Nie pamiętam. Czas mi sprawia trudność. Miesza się. 

Dlaczego znowu boję się odrzucenia? Boję się złości i kogoś kto jest pod wpływem Alko. Jak dziecko … Uraz z dzieciństwa.

Strach ma wielkie oczy.

Niepokój. Lęk. Zobojętnienie. Nadzieja. Zniechęcenie. Pragnienie śmierci. Poddanie się. Niepokój. Lęk. Zniechęcenie. Nadzieja.  Pragnienie śmierci. Zobojętnienie. Poddanie się… I tak w kółko.

Pobudka. Sen. Pobudka. Sen. Pobudka. Sen. 

Niechęć. Niechęć. Niechęć. Niechęć. Niechęć.

Nienawidzę siebie. 

Chyba wraca zły czas…  Agresja. Ucieczki. Alkohol. 

Niby jestem silniejsza niz kiedyś ale czy zdołam wygrać ze starymi schematami? Czy będę w stanie wygrać z demonami?

Dam radę. Gdzieś tam w to wierzę. 

Huśtawka nastrojowa, a przecież było dobrze… Borderline znowu przypomina o swoim istnieniu.

Jedna osoba na pewno to czyta więc witam Ciebie :*

Dużo zmian u mnie. Nowe mieszkanie, zastanawiam się nad zmianą miejsca pracy… No i zmieniłam się. Na lepsze chyba. Walczę o siebie. Jestem bardziej asertywna… Czasem wręcz wojownicza, niestety.

Byłam przez chwilę wegetarianką, ale po przeprowadzce jakoś jak zaczęłam kupować mięso dla chłopaka, bo się domagał :D No i teraz mi jakoś tak z tym zaczyna się robić źle. Chyba wrócę do tego.

Przeprowadziłam się niestety za blisko rodziny… I to mnie rozwaliło. Niszczący wpływ mają na mnie. Ale najgorsze minęło… Czas kiedy o mały włos bym się nie zabiła chyba minął. Staram się wyciszyć… I zdystansować. Dlatego myślę o innym mieszkaniu i innej pracy…

Przede wszystkim nie pozbywam się myśli z głowy, że wszystko co zrobię ze swoim życiem jest w moich rękach. A długo do tego dochodziłam, oj bardzo… Tyle terapii, tyle lat wierzyłam, że ja nie mam mocy sprawczej… Eh, człowiek to ma jednak durne schematy.

Niepokoi mnie tylko to, że wciąż unikam ludzi. Nie chce się z nikim spotykać, wykręcam się ze spotkań… Jakoś tak lepiej mi samej… Wracam do domu i jest cisza… Nie muszę się stresować, nie muszę kontrolować i być na najwyższych obrotach… Nie muszę się uśmiechać i z nikim rozmawiać… Nawet telewizora nie włączam. Tkwię tak parę godzin aż nie zacznę sprzątać i gotować obiadu czy kolacji…

Chyba muszę tak odreagować hałas w pracy…

Trzymajcie kciuki oby to wszystko znów się wyciszyło… Oby wróciło na lepsze tory.

Ściskam.

Kolejny rok przed nami… Czy kolejny równie zmarnuję i będę żałować, że wciąż żyję? Aż strach co przyniesie…

Dotrwałam…

Tym razem w kolejny rok wkroczyłam posiadając pracę oraz z zaliczonym pierwszym semestrem w szkole( co prawda został mi jeden egzamin, bo tak mamy ostatnie zajęcia ale jestem pewna, że dostanę pozytywną ocenę) co dało mi większe poczucie stabilności.

Raz słońce, raz deszcz… Raz burza, raz tornado…

Wciąż otwieram i zamykam oczy każdego dnia…

Koniec czy początek? Robię postępy czy się cofam? Pogmatfanie z poplątaniem.

Tak jak myślałam, koniec z terapią na ten moment… Przekroczyłam liczbę nieobecności która wynosiła 3 wizyty…

No i nie oszukując przede wszystkim siebie przyznałam, że złamałam kontrakt, bo poddałam się  i autoagresja wygrała ze zdrowym rozsądkiem… A miałam sobie nic nie robić…

To dla mnie nie pojęte, aby przez to kończyć terapię, bo przecież to objaw problemu no ale taki był kontrakt… Nie mogłam radzić sobie za pomocą bólu i szkodzenia sobie ani opuścić więcej niż 2 sesji… Byłam chora, miałam gorączkę, ledwo mówiłam więc odwołałam wizytę, a wcześniej na początku opuściłam parę wizyt(chyba 2), bo chciałam zrezygnować i ponieważ miałam rozmowy w szpitalu w Krakowie i nie mogłam ich przełożyć, bo tam tak jest…

No ale rozumiem, że może to odbierać jako małą motywację… W sumie mało co mówiłam o problemach, chociaż z czasem szło mi lepiej…

Ale to chore… Bo również kompulsywnie się objadam, a w kontrakcie nie było nic, że np.,  nie mogę przekroczyć danej liczby kalorii bo inaczej to oznacza, że nie mam motywacji do leczenia… A przecież powinno, bo objadaniem też się niszczę… Taki paradoks dla mnie… Trochę mnie śmieszy, trochę wprawia w zażenowanie… Ale taki urok państwowej terapii.

No ale wspólnie podjęłyśmy decyzję, że musimy zakończyć terapię… Przecież nie będę się sprzeciwiać zasadom… Ale usłyszałam, że „przecież pani wie, że zawsze może tutaj wrócić.”

No i usłyszałam, że powinnam jednak pójść na terapię do szpitala w Krakowie.

Chyba to takie zabezpieczenie jakbym jednak coś sobie znowu próbowała zrobić… A może rzeczywiście powinnam. Nie wiem…

Mam mętlik w głowie.

Czuję poczucie winy, że pracuję, chodzę do szkoły i w związku z tym powinno być dobrze. Powinnam być szczęśliwa, mieć dużo energii i zapału do życia…

Jadąc do pracy albo gdy wracam środkami transportu to myślę o tym, że będzie jakiś wypadek i że może zginę… Wyobrażam sobie jak samochód czy autobus uderza właśnie tam gdzie siedzę… To głupie, ale dzieję się to samo… Ot, takie myśli, nie kieruję ich na ten tor. 

Dobrze, że pada… To minę i brak życia mogę zwalić na pogodę… Każdy na nią narzeka… Ale staram się udawać, uśmiechać się, przebywać w pracy z innymi ludźmi i być pomocna.

Ostatnio moja koleżanka miała wesele… Miałam zapalenie oskrzeli i nie poszłam. Pewnie jest zła, nie odzywa się… I wcale jej się nie dziwię.

Jestem totalną kaleką jeśli chodzi o kontakty społeczne.

Gdzie moje pozytywne nastawienie? Wróć do mnie… Potrzebuję Cię.

Potrzebuję ciepła… Idę się zakopać pod kołderką.

Depresja pełną parą.

No i nie zmienia się nic… Wciąż tkwię w pesymizmie i beznadziei.

Jakby tego było mało to męczę się z zapaleniem oskrzeli, po prostu cudownie…

Moja obecna druga połowa doprowadza mnie do szału, ale tak to już jest… Są relacje to i są emocje, a jak są emocje to potrafi być burzliwie.

Marzę o tym, aby zniknąć… Chociaż na jakiś czas… Przeczekać, aż się zmieni parę rzeczy dookoła.

Przesypiam prawie całe dnie. Możliwe, że choroba robi swoje, ale niekiedy też chcę uciec w sen. To jedyne rozwiązanie.

Czekam na rozwój sytuacji… Pytanie brzmi: Czy sytuacja się ustabilizuje, czy posypie się wszystko?

Czas zweryfikuje wszystko… Tylko jestem niecierpliwa… Chciałabym wiedzieć już, teraz, natychmiast…

Ale to niemożliwe.

Czeka mnie terapia po miesięcznej przerwie, trochę się boję… No i w obecnym stanie będę mało rozmowna… Pewnie będę chciała z niej zrezygnować…. O ile przez to odwoływanie spotkań sama nie wylecę…